środa, 26 listopada 2014

Samotność II

Według badań spędzamy coraz mniej czasu na nieformalne kontakty z innymi ludźmi (1).
Z wielu innych wynika (np. 2), że istnieje powiązanie aktywności online i używania narzędzi do kontaktowania takich jak facebook, twitter ze zmniejszeniem się częstości spotkań "na żywo". Świat elektronicznych znajomości jest substytutem realnych kontaktów. Przy czym jest dużo bardziej płytki, przelotny, znajomości zawarte w ten sposób są łatwe do zerwania i na dłuższą metę niesatysfakcjonujące.

Człowiek, aby pozostawać na dłuższą metę w stanie zadowolenia i stabilizacji emocjonalnej, potrzebuje przynajmniej jednej osoby, na której może polegać bezwarunkowo (3) Osoby, które nie posiadają takiego kogoś są dużo bardziej podatne na choroby psychiczne, a także dużo łatwiej zapadają na wiele chorób. Jest to kryterium uwzględniane w badaniach mierzących poziom zadowolenia z życia.

Dlaczego tak jest?

Moim zdaniem w obecnych czasach jesteśmy bardziej samotni niż kiedykolwiek, przy czym to nie jest bezwarunkowo negatywne w moim odczuciu.
Wielorodzinny model rodziny przestał funkcjonować, a sama rodzina utraciła wiele z siły oddziaływania - możemy się przekonać, że istnieje inna "prawda", niż ta pochodząca od naszych rodziców.
Znacznie zwiększyła się sfera prywatna, o której decydujemy, jeśli tylko chcemy, to możemy prowadzić anonimowe życie na dużym osiedlu w aglomeracji, gdzie niekoniecznie musimy znać swoich sąsiadów.
Powiększyła się ilość narzędzi samotności, które umożliwiają izolację i przeżywanie doświadczeń w swoim towarzystwie. Jak chociażby słuchawki, powodują one w znacznej mierze odsunięcie się od tymczasowych grup społecznych, np. w czasie podróży miejską komunikacją.
Już nie potrzebujemy pomocy, we współczesnym świecie jest mało zagrożeń wymagających pomocy od innych osób, prawo, służby państwowe i prywatne powodują, że możemy wieść bezpieczne i w pełni samodzielne życie.
Internet powoduje, że wzrasta tendencja do szukania osób o podobnych poglądach, przykład - fora internetowe, portale tematyczne, z jednej strony powoduje to specjalizację i zwiększenie wiedzy, a z drugiej unikanie wymiany myśli w sytuacji kiedy dyskutant się z nami nie zgadza - w naszym zakątku sieci znajdziemy osoby zgadzające się z nami co do zasady (np. audiofile), a dyskusja jest pozbawiona napięcia i konfliktu: "jestem wartościowy, czy nie?".

Jeżeli człowiek to kosmos, to cywilizacja ludzka jest morzem alternatywnych światów, które rozgałęziają się w różnych momentach życiowych, na różne sposoby, w różnych warunkach początkowych i dotykane są niezliczonymi doświadczeniami, wpływającymi na każdy aspekt naszej osobowości.

Moim zdaniem samotność, którą określiłbym jako brak głębszych relacji z innymi ludźmi, powoduje po pierwsze niezadowolenie z życia, po drugie zwiększa podatność na poglądy i postawy przedstawiane przez osoby trzecie (portale internetowe, telewizja, gazety, brukowce, książki, seriale etc.), po trzecie zubaża na dłuższą metę osobowość, ograniczając ilość wyjątkowych doświadczeń.

Ale czy to jest jedyny typ samotności?
Jak można inaczej ująć samotność?


c.d.n.


środa, 22 października 2014

Pierzeja II

Mgła wzbijała się znad pól, ścieląc trasę przed nim, jadąc samochodem 140 km/h rozbijał jej tumany, które spływały łagodnie po masce i dachu, nikogo innego nie było na drodze. Najpierw łagodny długi zjazd, który spowodował serię ciarek na jego grzbiecie, potem łagodny podjazd, na którym kłęby mgły powoli zanikały, jechał jak we śnie. To pragnienie, które nie pozwalało mu usnąć, to które budziło w nocy, to które trwało pośród snów, to które nie pozwalało wstać rano... Właśnie teraz go poderwało, poczuł euforię, ciarki wydawały się niekończące, serce biło mu jak młot, miał wrażenie, że za chwilę się udusi, a jednocześnie to było takie wspaniałe.
Głos w głowie szeptał - "a co by było gdybyś skręcił w tej chwili? Nie chciałbyś tego zobaczyć?"
Na lewo i na prawo były pola, łąki, ugory, niewiele drzew przy drodze. W myślach poczuł szarpnięcie, samochód oderwał się płynnie, jakby w spowolnieniu od drogi, przez ułamek sekundy leciał, a wraz z nim wszystko co znał, uderzenie było potężne, poduszka powietrzna wystrzeliła mu w głowę, która została wykręcona przez siłę przeciążeń rządzących jego ciałem, nastała ciemność, ale samochód jeszcze koziołkował, wśród jęku konstrukcji i krzyku gnącej się blachy. Wrak spoczął, orząc połać ziemi, o której nikt nie myślał.


Wjechał prosto w czarny las, przedzielony jedynie asfaltem, poczuł niepokój, kiedy ściana drzew zasłoniła ciemne niebo i wszystkie punkty odniesienia wokół niego.
Hamował silnikiem, delikatnie dokładając hamulec, podziwiał surowość ciemności, która tutaj władała przestrzenią, nagle dojrzał sarnę, wyhamował, na szczęście był cały czas na długich i zwolnił, udało mu się nawet bez pisku opon, sarna jeszcze przez chwilę patrzyła się na samochód z pobocza, po czym czmychnęła w objęcia drzew.
Wysiadł i zapalił papierosa, opierając się o maskę, było tutaj cudnie, ani jednego samochodu w promieniu wielu kilometrów, ostatecznie to był środek nocy i mało uczęszczana droga. Kiedy skończył palić, postanowił się odlać, przed wyruszeniem w dalszą podróż, zrobił kilka kroków, wszedł między awangardę drzew, zaczął lać, para biła od strumienia moczu.
Wtedy usłyszał dźwięk szeleszczących liści, wolne przemieszczanie się jakiejś istoty, "oczywiście to ta sarna", pomyślał sobie. Zapiął portki i zaczął nasłuchiwać, wydawało mu się, że jest więcej zwierząt w pobliżu, "dwie, czy trzy?".
Wrócił do samochodu po latarkę i zgasił silnik, mimo że zdawał sobie sprawę, że to niezbyt mądre, w końcu samochodu nie było przez to w ogóle widać, po prostu czuł, że w tej chwili to jest potrzebne. Wszedł na paręnaście kroków do lasu, łamiąc pomniejsze gałązki i szurając o liście, zaświecił latarką, odpowiedział mu szelest i kilka par oczu, które światło latarki odbijały niebieskim niepokojącym poblaskiem.
Nagle zrozumiał, że jest intruzem, że naruszył czyiś dom i spokój - "masz jakiś problem? Chcesz dostać z dyńki?" niejasno poczuł, że zwierzęta mówią do niego.  Sarny stały w półokręgu wokół niego, w bezpiecznej odległości, niemal czuł, jak pomału zacieśniają swoje szyki, szeleszcząc to tu, to tam, było w tym coś niesamowitego.
Zrobił jeszcze kilka kroków i zgasił latarkę. Teraz pozostało tylko światło półksiężyca i gwiazd, a także dziwne poczucie, że jest tutaj niebezpiecznie, że coś czyha w ciemności przed nim, że być może nie zdążyłby dobiec do samochodu w porę. Te sarny nie były nastawione do niego przyjaźnie. On był sam. Mimo strachu, upajało go to spotkanie, z tą przedziwną siłą.
"Człowiek i natura tak bardzo się od siebie oddaliły. Czy my zawsze byliśmy wrogami? Czy potrafimy zaprzyjaźnić się tylko na naszym własnym podwórku? Czy kiedykolwiek rozumieliśmy zwierzęta, czy je szanowaliśmy?" - Pomyślał.
Miał dużą ochotę wejść głębiej w las, ale bał się, zapalił drugiego papierosa, paląc czuł, że sarny są coraz bliżej, zaczął się cofać, czuł narastającą presję i wiedział, że to on musi się wycofać, potknął się, fajka wypadła mu z ręki i zgasła na wilgotnym mchu, zanim wstał i złapał latarkę, która się potoczyła na bok prawie się zeszczał ze strachu. Miał wrażenie, że za chwilę coś na niego skoczy, w desperacji zrobił kilka kroków do przodu drąc mordę na pełny regulator, zwierzęta cofnęły się spłoszone, na chwilę ich oczy zniknęły.
"Gonić je kurwa, dlaczego mnie nie akceptują tutaj? Przecież to jest las posadzony ludzką ręką." pomyślał "Bez nas debile, byście nie miały gdzie żyć!" - Krzyknął w ciemność.
"Wróć się po pistolet i zastrzel te chodzące gównojady" - coś powiedziało w jego głowie, w taki sposób, że poczuł ciepło przy uchu, nie mógł się oprzeć.


Sarny po prostu tam były, żyły w lesie przy drodze, wychodząc na żer w pola, wiele z nich nie dożyło sędziwego wieku. Mimo braku naturalnych przeciwników, przerażające stalowe machiny, które pruły przed siebie po zniszczonej ziemi rycząc, zabierały członków stada.

Chłód stali w dłoni pasował mu znakomicie, teraz szedł z uśmiechem, bez żadnego strachu, co najwyżej wypierdoli na mokry mech, czuł podniecenie, jego penis nabrzmiał i powodował, że jeszcze przyjemniej mu się szło. Sarny straciły rezon, ich półokrąg się rozproszył, ale wciąż tam były, przemieszczały się wgłąb lasu razem z nim. On ich za cholerę nie mógł dojrzeć, "jak mam kurwa strzelać, nie widząc celu?!" - pomyślał.
Po chwili kluczenia między drzewami i przedzierania się przez krzaki się przewrócił, broń wypadła mu z ręki, dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie wziął ze sobą latarki, po chwili panicznego szukania znalazł pistolet i ruszył przed siebie. Był już całkiem zlany potem, serce mu biło tak jakby miało wypaść z klatki piersiowej. Zdołał ujść kilka kroków, kiedy zdał sobie sprawę, że już nawet nie słyszy zwierząt. Z wykrzywioną w grymasie gniewu twarzą zaczął strzelać, przed siebie, na boki, huk był otrzeźwiający, kłęby dymu malownicze pośród krótkich błyśnięć, strzelał póki nie opróżnił magazynka.
"chyba nie trafiłem ani jednego gównojada" pomyślał, oparł się plecami o drzewo, teraz poczuł zmęczenie, adrenalina wciąż buzowała w jego krwi, noga mu dziwnie pulsowała, jakby od wewnątrz "jeszcze ta pierdolona noga" - powiedział z wyrzutem na głos, nagle zachciało mu się śmiać.
Więc śmiał się, do rozpuku, przez dobre piętnaście minut, zgięty w pół. W ten chłodny mglisty wieczór spomiędzy drzew ledwo było widać księżyc.
Osunął się na ziemię, poczuł zimno i wilgoć, przylepił się. Odpoczywał czesząc palcami mech, wyrywając pojedyncze łodygi, o niczym już nie myślał.


Nagle usłyszał pisk opon, a potem huk, który wzbił się jak grzmot nad ciszę lasu, cisza, która potem nastała była dziwnie złowieszcza i orzeźwiająca, ot, coś podniosło krzyk i umilkło - na zawsze?
Poszedł w kierunku, z którego dobiegł dźwięk, długo szedł, był półprzytomny, w kierunku przeciwnym niż księżyc, miał wrażenie, jakby go popychał delikatnie do przodu.
Dotarł do drogi, do swojego samochodu, wsiadł do niego - kluczyki były wciąż w stacyjce, zapalił silnik i światła, był cały brudny, poharatany, przemoczony i zmęczony jakby wziął udział w maratonie. Rozdarte spodnie nasiąknęły krwią.
Światła drogowe wydobyły z mroku wrak samochodu, z przodu, po lewej stronie, był jakby przyczepiony do drzewa. Ktoś musiał jechać i zauważyć w ostatniej chwili jego auto, skręcił gwałtownie by uniknąć zderzenia i zamiast samochodu powitało go drzewo. Mokra nawierzchnia. Mgła i noc.


Uśmiechnął się.

piątek, 8 sierpnia 2014

Pierzeja I

Słońce zaczęło prażyć.
Zjechał na żwirowe pobocze przy wyjeździe z brudnego i zakurzonego miasta, które czasy swojej świetności miało dawno za sobą, wciąż duże, żyjące, ale już bez iskry, która dała początek gorączce, w jakiej zostało zbudowane. Zastawiając swoje wszystkie oszczędności, biorąc pożyczki, liczyli na świetlaną przyszłość, to są sny ludzi, których już nie ma, po nich – wąskie ulice, kwartały kamienic, miasto oparte na liniach i prostopadłościach. Matematyczna konstrukcja. Którą obudowało ulicami i alejami nowe pokolenie, pierzeje w zbyt wąskich przesmykach zostały zniszczone, zasiedlono okręgiem dawne miasto, wsie i przedmieścia uległy brutalnemu planowaniu.

Swąd samochodów w ruchu podnoszących pył dobiegł do niego.

Zapalił papierosa i spojrzał na zegarek, jednocześnie zaciągając się głęboko, wybiła godzina 8:36.
Setki samochodów wjeżdżało w betonowego kolosa, do pracy, na uczelnię, na zakupy. Ku codziennym troskom i problemom. Autobusy, tramwaje wypełnione ludźmi, którzy zwieszali głowy ze smutnymi wyrazami twarzy, dojrzeć uśmiechniętą osobę – rzadkość. Słuchawki, książka, okulary przeciwsłoneczne, albo po prostu wzrok wbity w przestrzeń, nadawały tej zbitej, stłoczonej masie żelastwa i osób nastrój przygnębiającej izolacji. Niemal nie dostrzegali innych będących tuż obok. Zapatrzeni w czubki własnych nosów.

Splunął.
Odpowiedział mu obojętny szum zielonego lasu, pomyślał, że niedługo spadną liście, a rośliny zaczną obumierać.

Kiedy był tuż po studiach, sądził, że uda mu się odnaleźć, że będzie jednym z tych, którzy kupują i sprzedają świat na giełdzie, by później uśmiechać się dobrotliwie, patrząc znad gazety na dzieci w swoim niemal-pałacu, na spokojnych przedmieściach zatłoczonego miasta, ale wciąż blisko głównych arterii komunikacyjnych. Że zachowa równowagę między ideałami, a rzeczywistością.
Niestety coś po drodze nawaliło. A mówiąc bardziej dosadnie – całkowicie się spierdoliło, nie chodzi o biznes, bo w tym był dobry, potrafił z łatwością nagiąć swoje możliwości do warunków i wycisnąć tyle, że później często był zaskoczony.

Spojrzał w niebo, w chmury, które znacznie lepiej wyglądały przez okulary słoneczne, niż gołym okiem. Kontrastowo.

Kiedy stracił swoją starą chęć do życia? Teraz potrzebował coraz więcej by czuć się zadowolonym, już nie wystarczył mu przyzwoity samochód, kobieta, o której mógł marzyć jeszcze jak był gnojem na studiach. Gdzieś uleciał zachwyt światem, swoim otoczeniem i przede wszystkim sobą. Został tylko brud, który przebijał się przez powierzchnię, na której jego gładki wizerunek nabierał coraz więcej rys i pęknięć.
Czuł obrzydzenie do tych wszystkich ludzi, pędzących bezmyślnie, w jego mniemaniu ograniczonych, o horyzontach myślowych osiemnastolatka, niezależnie doświadczenia życiowego.
On był znacznie dojrzalszy, tylko dlaczego do kurwy nędzy nie potrafił spojrzeć w lustro?! Golenie, jedyna czynność kiedy nie mógł tego uniknąć, na szczęście miał nowoczesną maszynę, która skracała męki do minimum. Inaczej by zwymiotował, albo rozjebał dłoń o szkło.
 

Każdego ranka czuł obrzydzenie do siebie, jego sny już nie były takie same jak kiedyś - wędrował po ulicach nieznanego miasta, gdzie jednak wszystko było dla niego w jakiś dziwny sposób znajome, odkrywał coraz to nowe miejsca, zakręty, proste, wzniesienia i zjazdy. Teraz albo nie pamięta snów i budzi się z przerażeniem na dźwięk budzika, albo wędruje po korytarzach, które nigdy się nie kończą, żaden skręt, żaden nawrót nie może go uratować. Czuje straszną obecność za swoimi plecami, strach go niemal paraliżuje, gdy gna na oślep, odbijając się od ścian na zakrętach, w momencie, kiedy nieznana siła go dopada - budzi się.
Po takich snach tępy ból w tyle głowy, który promieniuje w kierunku oczu go obezwładnia, tylko kilkanaście mocnych kaw w ciągu dnia, papierosy i leki powodują, że może funkcjonować.

Skończył papierosa, leniwie go dogasił w popielniczce samochodowej i wciąż mając przed oczami ludzkie zwalisko wrzucił bieg, zastanawiając się gdzie jechać, czy w ogóle jest sens jechać, może lepiej byłoby wrócić do domu i położyć się z butelką alkoholu przed telewizorem? To znacznie bezpieczniejszy wariant. A może zadzwonić po taksówkę? Samochody, które go omijały, wybijały rytm sekund jak metronom.
Wyszedł z samochodu i kiedy zrobił kroków w kierunku drzew, usłyszał szept "wyjdź z samochodu i wbiegnij pod ciężarówkę, to nie będzie bardzo boleć", rozejrzał się gwałtownie - zmroziło go, był sam. Nagle zebrało mu się na wymioty.

Miał złe przeczucia już z samego rana. Coś ma się stać, ale jeszcze nie wiadomo co, coś się zbliża, a może ktoś? - pomyślał.
- Chyba powinienem uciekać - powiedział na głos.

c.d.n.

czwartek, 19 czerwca 2014

Bańka intelektualna

Żyję w świecie swoich przekonań, wizji, ja jestem punktem odniesienia dla całego świata jaki postrzegam. Tłumaczę to co odbieram na swój język i poszukuję przyczyn, możliwości, rozwiązań takiego stanu rzeczy, jaki sam rozumiem i w sposób, który jest dla mnie właściwy.
Jestem ukształtowany doświadczeniami, które zebrałem w czasie życia tutaj, w takich warunkach jakie mnie otaczały, po podjęciu decyzji, które wybierałem na podstawie swojego rozeznania.

Jak pogodzić swój wewnętrzny świat przeżyć i myśli na ich temat, z światem zewnętrznym, w którym funkcjonuje tak ogromna ilość odmiennych spojrzeń na te same zjawiska, w świecie, w którym ja widzę niezliczone możliwości i drogi. Jak odróżnić, to co jest tylko moim wyobrażeniem – zbyt optymistycznym, bądź zbyt pesymistycznym i współbrzmieć ze samym sobą poprzez swoje czyny?

Codziennie funkcjonuję w swojej bańce, w której interpretacja dowolnego zdarzenia jest zabarwiona moimi poprzednimi przeżyciami i moim ich odbiorem.

Przypuszczam, że to dotyczy wszystkich ludzi. I to jest moim zdaniem naturalne, upraszczając, widzę w tym konsekwencję przyzwyczajenia – do określonego efektu emocjonalnego przypisanego do pewnego zdarzenia. Nie jesteśmy maszynami i każdy prezentuje całą gamę innych, choć często zbliżonych doświadczeń. Wychowaniem zajmują się rodzice, nauczyciele, rówieśnicy i inne osoby, które tworzą wspólnie z nami złożoną świadomość i nieświadomość, którą się posługujemy codziennie, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Problem pojawia się, gdy nasza świadomość i nieświadomość znacznie odbiega od rzeczywistości (sytuacja, inne osoby, wzajemne relacje i my pośrodku) z jaką obcujemy, innymi słowy, to co trzymało naszą osobowość w kupie w rodzinie, która stosowała psychiczną przemoc jako metodę wychowawczą, niekoniecznie się sprawdzi w tworzeniu więzów przyjaźni opartych na zrozumieniu, wspieraniu się i spotykaniu z drugą osobą bez maski (niestety o ile przemoc fizyczna jest już dostrzegana jako problem, to taka już niekoniecznie).


Jednak wierzę, że to jest możliwe. Pozamiatać. Wyjść. Nabyć coś nowego. Przemeblować. Nawet przeprowadzić się w nowe miejsce. Albo po prostu leżeć na polanie, z niebiańsko miękką trawą pod sobą, mając nogi wygrzane przez słońce, w nosie zapach spieczonej ziemi spłukanej przez deszcz, a w uszach gwar.

środa, 2 kwietnia 2014

Polecane w muzyce #1

Garść staroci (z mojej perspektywy):
Steely Dan
Zespół, który gra żywy relaks z intelektualnym zadziorem, pozwala odpocząć i jednocześnie pozostać ożywionym.
Spotify:  Playlista
Youtube:

Violens
Mistrzowie nastroju, gry emocjami na wielowarstwowym poziomie, którzy codzienny chleb razowy potrafią przedstawić w sposób subtelny i pociągająco świeży, innymi słowy - lubią intelektualne podróże w wewnętrzny świat przeżyć.
Spotify: Playlista2
Youtube:


Ludovico Einaudi 
Gra emocjami, która przeradza się w dryfującą łódkę, szukającą przystani, w blask słońca, który budując napięcie rozkłada się podczas wiosennego deszczu, by wielobarwnie zakwitnąć... A to tylko początek.
Spotify: Playlista3
Youtube: 

Garść nowości (j.w.):
Stereolab
Abstrakcja, zaangażowanie, innowacyjny pop.
Spotify: Playlista4
Youtube:
Band of Susans
Słyszałeś kiedyś rozum z sercem, które dochodzą do porozumienia i tworzą wspólnie nowy wymiar komunikacji?
Spotify: Playlista5
Youtube:

Black Rebel Motorcycle Club
Kilka emocjonalnych kawałków, tylko tyle, ale mi to wystarcza.
Spotify: Playlista5
Youtube: 

środa, 5 lutego 2014

Lady Godiva

Godiva, Lady Godiva (XI w.) – żona saksońskiego hrabiego Mercji, lorda Coventry Leofrica III.
Według legendy, gdy poprosiła męża, by złagodził drastyczne zobowiązania finansowe, którymi była obłożona ludność Coventry, ten postawił jej warunek: jeśli Godiva przejedzie konno przez miasto całkowicie naga – obniży podatki. Godiva postanowiła spełnić ów warunek, wymogła jednak na mieszkańcach, by wszyscy pozostali w tym czasie w domach, z zamkniętymi okiennicami, aby jej nie widzieli. Wszyscy usłuchali prośby, tylko jeden człowiek, krawiec, nazwany później Tomem Podglądaczem (ang. Peeping Tom), podejrzał okrytą jedynie długimi włosami Godivę przez otwór w okiennicy. Został za to ukarany ślepotą. Leofric docenił poświęcenie żony, dotrzymał danego słowa i zniósł wygórowane zobowiązania podatkowe. (tekst pochodzący z wikipedii - link do artykułu)


Obraz Colliera nie jest rewolucyjny, mimo to, urzeka mnie swoim pięknem - ciepłą kolorystyką, emocjami jakie przedstawia, a także nadzwyczajnością całej sceny (na pustych ulicach średniowiecznego miasta naga dama na koniu walczy o niższe podatki dla pospólstwa).


niedziela, 2 lutego 2014

Wspomnienia

Czym są?

Zapis o wydarzeniach z przeszłości, który przywołujemy.

Zapis ma to do siebie, że może być zmodyfikowany, albo nawet stworzony od podstaw.
Ale wciąż jawi się jako ten prawdziwy dla nas.

Osoby, które poznaliśmy, ich zachowania, wygląd, dźwięk, zapach, czy smak to tak naprawdę nasza interpretacja na ich temat, to co nasz umysł, podświadomość i coś co nazywamy duszą odebrały z przekazu, jaki był do nas kierowany.

To nie są te 'osoby', tylko ich projekcja, pewne wyobrażenie na temat ludzi, którzy istnieli, a teraz już są inni, lub też wcale ich nie ma pośród nas. W pewnym sensie to są duchy, niezdolne do pełnej interakcji z nami, określone w pełni przez to co jest w nas samych – czyli są bardzo intymne, unikalne, dla każdego z nas osobna.

Pewne wydarzenia, czy osoby, które dotknęły na większą skalę ludzi wyglądają z pozoru na takie same, dzięki odbieraniu informacji o nich poprzez media, które narzucają pewny tok myślenia, trafiają do nas w podobny sposób, nawet wtedy, jeśli przyjrzymy się znaczeniu dla każdego z osobna okaże się, że istnieją różnice, np. śmierć Jana Pawła II, czy powódź.

Niektóre wspomnienia przywołują silniejsze emocje od innych, są ważniejsze, trwalsze, niosą ze sobą pewną treść, która miała na nas duży wpływ. Czy to takie istotne, czy są odbiciem zdarzeń, które materialnie zaszły? I tak mają znaczenie poprzez nasz własny filtr świadomości. Jest w nich zawarta symbolika, coś co wtedy poczuliśmy i nam towarzyszy.

Niszczące, dołujące wspomnienia mają dla nas takie znaczenie, bowiem sami je im nadaliśmy, albo komuś pozwoliliśmy nam wmówić taką interpretację - zadały nam rany, ponieważ tak byliśmy w danym momencie skonstruowani. Ale i na to ludzka świadomość ma rozwiązanie – wypieranie.

Dla mnie, to oznacza, że 'złe' wspomnienia można po pewnym czasie jeszcze raz wziąć pod lupę – nie są posągiem, można odnaleźć w takich zapisach o poczuciu beznadziei, krzywdy, nienawiści czy strachu – siłę, która pozwoli tym negatywnym odczuciom przeminąć, pozwoli skuteczniej sobie radzić z podobnymi sytuacjami z odwagą i optymizmem, że uda się znaleźć rozwiązanie w zbliżonych warunkach.

To również oznacza, że 'dobre' wspomnienia, mogą nam towarzyszyć i pomagać trafiać na podobne doświadczenia w przyszłości.

Wspomnienia mogą nas ponieść przez czas. Moim zdaniem tylko, jeżeli otworzymy się na nowe, które dzieje się w tej chwili – teraz. Zamykanie się w błędnych kołach negatywnych czy pozytywnych odczuć z przeszłości powoduje, że odklejamy się od tego co realne i wydarza się na naszych oczach.

Jak bardzo jesteśmy naiwni, podporządkowując się temu co było, wynosząc to, nad to co jest, jakie by nie było.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Strumień #2

Jadę w zimowej scenerii, zapomniałem rękawiczek, a na głowie zamiast czapki mam słuchawki, z nich sączy się do mojej świadomości stara rzeka. W tramwaju pada śnieg, co tworzy surrealistyczne wrażenie. Nagle zza ściany gęstego dźwięku dochodzi do mnie krzyk dziecka. Utwór się wycisza i przełącza, matka rozmawia z kimś przez telefon, posępne brzmienie wypełnia moje uszy, powoli nabiera tempa, a w tle pojawia się kolejny krzyk dziecka, ni to szczęście, ni niezadowolenie.

Kilka chwil później, mój plecak, który trzymam na kolanach staje się również miejscem spoczywania kryształków wody, ekran dotykowy smartfona wciąż staje się przyozdabiany kropelkami wody, które rozpraszają światło, tworząc małe tęczowe punkciki, nieustannie znikają poprzez odparowywanie i pojawiają się nowe po stopieniu płatków na ciepłym wyświetlaczu, część zmazuję, ścieram palcami pisząc. Mój organizm przełącza się w tryb wzmożonej produkcji ciepła, czego początek zwiastował dreszcz, który przebiegł z góry na dół i z powrotem.

Miasta mają ze sobą potęgę, wytworzone z naturalnych materiałów, które uginają się pod ludzkim zamysłem, jak i z nowych sztucznych materiałów, skonstruowanych przez człowieka.

Palę tytoń, wchodzę na poziom, gdzie znajdują się tory, stamtąd widać miasto i jego światła. Dobitny widok. Wiatr niesie zimno i śnieg. Obłoki dymu mieszają się ze śniegiem i parą wodną z moich płuc, tworząc szaro - niebieski skrzący się pejzaż, na małą chwilę. Kiedy już dochodzę do dworca i siadam na dwa momenty, czuję ten ruch jaki się tutaj codziennie odbywa. Ręce bolą w zetknięciu z wątłym ciepłem jakie tutaj się chwieje. Ciemny dach, który przecieka podczas intensywnych opadów deszczu. Brudna posadzka. Na wszystko patrzy ochroniarz, który przystanął na schodach prowadzących donikąd.

Ruszam spokojnym krokiem do pociągu, przy kasie się dowiedziałem, że odjedzie zgodnie z planem. Ostatnio nie miałem tyle szczęścia. Kiedy już jestem w środku, zaczyna się oczekiwanie na to kopnięcie mocy, które nas poniesie w kierunku południowo zachodnim. Ono jest jak cichy gong, który powoduje konieczność ruszenia mechanizmów maszyny, zaczyna się relacja.

Otwieram okno. Kolory nabierają soczystości, a przestrzeń przejrzystości. Przejeżdżam teraz obok przystanku autobusowego, z którego wspólnie ruszamy do centrum. Uświadamiam sobie, że zapamiętam ten przystanek, to miejsce na trasie. Oznacza ono dla mnie bliskość jaka z tego przystanka dzieli mnie od jej zasypiającej twarzy, od jej uśmiechu i oczu, w których jest coś niezwykłego i wzbudzającego wewnętrzne drżenie.

Ciepło pociągu mnie zaczyna obejmować, w tym kolosie ze stali, który jest napędzany elektrycznością - czuję się dobrze. Za oknami ciemność, jesteśmy jedynym jasnym punktem, powoli w tle pojawia się komin elektrociepłowni. Światła rozpalają się po lewo i po prawo. Małe miasto rozpościera się łagodnie, aż docieramy do stacji i centrum, sunąc po nachylonym nasypie, na którym łagodnie skręcamy. Budynki wysuwają się z ciemności, tory się rozwidlają, szpalery ulic biją światłami.
       Hamowanie.
           Stacja.
Wymiana pasażerów.
                   K o p n i ę c i e.

Ścigamy się z samochodem. Raz to my obejmujemy prowadzenie, raz on. Jego światła wydobywają fragmenty lasu i elementy ulicy z mroku. Przy przejeździe kolejowym zwalniamy, zostając w tyle.

Rozmowa, którą prowadzę dopełnia poczucie ciepła, które jest tutaj obecne, poszerza uśmiech.

Idę, szybkim krokiem mijam drzewa, których gałęzie i gałązki są pokryte soplami lodu, opadają ku ziemi jak lodowe palce, które chcą mnie pochwycić, opadają ku ziemi jak lodowe dłonie szpaleru baletnic, powyginane w niemych gestach. Trawa chrupie pod każdym moim krokiem, wygięta w łuk ciężarem deszczu, który zamienił się w lód, utrwalona w tym stanie. W tym zawieszeniu.

sobota, 11 stycznia 2014

Dżalaloddin Rumi (Dżalal ad-Din ar-Rumi)

Żył w XIII wieku, Islam rządził na jego ziemiach, w sercu poza tą religią miał również chrześcijaństwo, a także dużą dozę mistyki i giętkiej, głębokiej myśli, która nie zna granic wyznaniowych. Żył pełnią życia, pochodził z jednego z największych centrów kulturowych Persji. Niestety Mongołowie je doszczętnie zniszczyli. On był uciekinierem, który przeszczepił mądrość na nowy grunt. Stworzył zakon wirujących derwiszów.
Wikipedia
"W pogrzebie Maulany uczestniczyli wyznawcy różnych religii – oprócz muzułmanów także i grekokatolicy, Ormianie, Persowie i Żydzi. Zapewne miało to związek z przeświadczeniem Rumiego zawartym w jego poezji, że wszystkie religie stanowią drogę do tego samego boga." 
Uważał, że miłość jest siłą stwórczą, a miłowanie Boga drogą do oświecenia.

Istnieją tłumaczenia na język polski, Rumi używał prostego języka do przekazywania skomplikowanych prawd o człowieku, miłości, Bogu.


Mały wybór z tomiku "W mgnieniu słów. Poezje":

Nie mówiłem : Zawróć z drogi, kiedy blisko jestem ja?
W tym mirażu nieistnienia źródłem życia jestem ja.
I gdy w gniewie mnie porzucisz na wiele setek lat,
I tak w końcu wrócisz do mnie, bo granicą jestem ja.
Nie mówiłem : Niech nie cieszy cię scena tego świata,
Kiedy mistrzem dni i nocy twych radości jestem ja?
Nie mówiłem : Jestem wodą, a ty rybą,
Nie płyń, gdzie ląd, kiedy morzem barw i smaków jestem ja?
Nie mówiłem : Byś jak ptaki nie schodził ku przynęcie?
Zawróć, bo siłą lotu, mocą nóg i skrzydeł jestem ja.
Nie mówiłem, że ograbią, serce zmienią w bryły lodu.
Kiedy ogniem, blaskiem, ciepłem twej przestrzeni jestem ja?
Nie mówiłem, ze przymioty w ciebie włożą wszechohydy,
Byś zapomniał, że początkiem wszechprzymiotów jestem ja?
Nie mówiłem, byś nie mówił, gdzie przyczyna jest porządku,
Kiedy stwórcą bezprzyczynnym jestem ja?
Jeśliś światłem serca, wiedz, gdzie jest droga do domu.
Jeśliś Bogu podobny, wiedz, ze nad tobą jestem ja


-----


 Otom ja – bezimienny i nijaki.
Kiedy :ja” będzie „mną” jako takim?
Rzekłeś : To, co tajemne, daj na środek.
Gdzie środek w tym środku „mnie” spocznie ?
W tym statku wędrującym „mnie” jednakim?
Także morze zatopiło się we „mnie”,
Bezbrzeżne morze zwane „,mną” jako takim.
Nie ma „mnie”, w obu światach „mnie” nie szukaj,
Oba zatraciły się w świecie „mnie” jednakim.
Wolny od strat i zysków niczym niebyt.
Cudak zmiennie niezmienny „mnie” jednaki.
Rzekłem : O duszo! Ty i ja to jedno.
Gdzie jedność - rzekła - z okiem „mnie” jednakim?
Rzekłem : Skoro jeszcze nie ma cię w słowie,
Jam przed tobą mówiący bez słów jako taki.
Oto „ja” biegnące bez nóg, „mnie” jednakie.
Głos : Czemu biegniesz? słyszę nagle Spójrz
Na to jawne – niejawne „mnie” jednakie.
Gdy zobaczyłem Słońce Tebrizu ja,
To morze, skarb, kopalnię „mnie” jednakie


----


 Jam ten księżyc, co gdzieś poza miejscem jest.
Nie szukaj mnie tam, bom z duszą jednym jest.
Każdy, wołając cię, myśli o sobie.
Ja zaś, wołając, ciebie dla ciebie chcę.
Ty też mnie widzisz w barwach, jakich chcesz,
Czy dobrych, czy złych? To bez różnicy jest.
Raz mnie przestępcą, a raz zdrajcą zwiesz.
To prawda, jam takim, póki-ś takim jest.
Dla ślepego nie ma mnie, jam pustką jest.
Dla uszu, co nie słyszą, jam niemy jest.
Jam wodą wód, sadem sadów, duszo !
Dla tysiąca róż jam jedna z nich jest.
Statkiem jest słowo, a sens morzem jest.
Wsiadaj szybko, bez ciebie on w porcie jest.


----


Dziś jam szczęśliwy z tobą, jutro z twą duszą też.
Z ciebie słodycz mej mowy i tutaj, i tam też.
Serce skosztowało twego wina – wyszło w świat.
Z nim czy bez niego – jestem, choć ono przy tobie jest.
Czekamy chwili, a serce pilnuje ciebie
W spokoju, w buncie, w zamieszaniu, w tłumie też.
Wino i wiatr od ciebie falą budzi serce
Szczęśliwe w upodleniu, w wysokich lotach też.
Chmura twej łaski w ziemię wsączyła swój napój,
Naszą duszą i życiem zmiękczyła granit też.
Gdy świat się skończy i ślad po człowieku zniknie,
Z tobą i duszy miło, i duszom razem też.
Twój pijany powab, twój czar i twoja magia
Wprawiły w osłupienie wszystkich – mądrego też.


----


W chwili, w której wiesz, że jesteś,
Miłość kolcem kwitnie.
Kiedyś w mgnieniu, zapomnieniu,
Wtedy miłość milknie.
W chwili, w której wiesz, że jesteś,
Komar cię zwycięża.
Kiedyś w mgnieniu, zapomnieniu,
Słoń ci nie dorówna.
W chwili, w której wiesz, że jesteś,
Ciążysz chmurą smutku.
Kiedyś w mgnieniu, zapomnieniu,
Mgły nikną przed tobą.
W chwili, w której wiesz, że jesteś,
Kochanek się dąsa.
Kiedyś w mgnieniu, zapomnieniu,
Podchodzi on w pląsach.
W chwili, w której wiesz, że jesteś,
Jak jesień się wichrzysz.
Kiedyś w mgnieniu, zapomnieniu,
Wiosnę w grudniu widzisz.
Szukając spokoju, w niepokoju się spełniasz.
Idź zatem za niepokojem, a spokój zyskasz.
Szukając przyjemności, nieprzyjemność rodzisz.
Odrzuć więc przyjemność, w truciźnie się odrodzisz.
Potrzeba sensu uczucie bezsensu obrodzisz.
Porzuć ją, a kwiatami sensu bezsensu rodzi.
Nie miłość kochanka, lecz hardość jego miłuj.
Wtenczas we łzach zobaczysz dar jego miłości.
Choru Wschodu, Słońce Religii znad Tebrizu –
Uwierz mi – przez mgły i gwiazdy przebije się nagi.


----


O Miły ! Słodycz lepsza czy ten co słodycz tworzy ?
Piękno księżyca lepsze czy ten, co księżyc tworzy ?
O, sadzie ! Tyś jest milszy czy kwiat i trawy w tobie ?
Czy ten, co ziarna wzbudza, narcyzy mokre tworzy ?
O, rozumie ! Tyś lepszy wiedzą i zmysłem,
Czy ten, co w każdej chwili tysiące myśli tworzy ?
O, miłości ! Choć jesteś niespokojnie splątana,
Jest coś, co dla miłości opończę z ognia tworzy.
Właśnie tym ja pijany, stumaniony, zdumiony,
Co raz pali mi skrzydła, raz je znowu tworzy.
Z jego łaski w serc głębi jest i Szirin i Chosrou,
On z jednej kropli myśli tysiące skarbów tworzy.
W miłości wszystkie skarby zamienia w miałki proch.
A z tej miłości jeszcze inne rzeczy tworzy.
Och, Słońce Prawdy Tebrizu ! Gdy uczynki serca
Słońce w grot przetopi, w sercu tarczę stworzy.


----


Krew miłości zakwita zawsze ogrodami.
Zakochanym jej bezdroża zawsze drogami.
Rozum mówi : Nie ma drogi poza zmysłami.
Miłość mówi : Już nie raz szłam tymi drogami.
Rozum stragan ujrzał, nuże towar swój chwalić.
Oko miłości za nim dojrzało stragany.
Niejeden Mensur, skrycie oddany miłości,
Wzgardził mównicą, wybierając szubienicę.
Kochającym fusy winne – szczęście zapału.
Rozumnym niedowiarkom – piekło niepewności.
Rozum mówi : Nie idź tam, w wyciszeniu jest ból.
Miłość mówi :Ależ w tobie jest niejeden ból.
Nie mów już więcej, wyrwij z serca istnienia ból,
Żebyś ujrzał w sobie bogactwa ogrodów strój.
O, Szamsie ! Tyś jest słońcem obłoku słów,
Słońce gdy wzeszło, rozpłynął się urok mów.

środa, 8 stycznia 2014

KobietaMężczyzna - czyli playlista #3

Zebrałem motywy, które tłukły mi się po głowie w ostatnim czasie.
Pierwsza część odnosi się do mówiąc delikatnie, niezbyt udanej relacji, druga część odnosi się do stanu przejściowego i niepewności z nim związanej, trzecia część odnosi się do prób wyjścia poza negatywne schematy.

Dostępne na youtube: Playlista #3





Dostępne na spotify: Playlista #3

piątek, 13 grudnia 2013

Euromajdan

Spotkaliśmy się podczas protestu, ona stała nieco na uboczu, jakby nie wiedziała czy się przyłączyć, czy tylko przyglądać się paradzie rozgrzanych serc i zaciemnionych umysłów. 
Kiedy wkraczamy w tłum trudno się wycofać, on ma swoje wymagania i zobowiązania, jeśli już odważysz się zrobić ten krok razem z rzeszą ludzi... Dostajesz wielki zastrzyk energii i przyjemne poczucie wspólnoty, zatraca się racjonalny cel, zalewają napływające emocje.

Niosłem krzykliwy transparent, nie mogłem tak po prostu go zostawić, pełniłem funkcję publiczną, gdybym zdezerterował natychmiastowo poczułbym się źle, jakbym wtedy mógł do niej podejść?
Co jest ważniejsze, idea czy ona? To w co chcę wierzyć i spełnić, to co jest odległe, za mgłą niepewności, czy konkretna twarz, włosy, oczy, usta...?

Może to było przedziwnie splątane.

Skandowałem razem z płynącym tłumem. Pełne ekspresji twarze manifestantów zostawiały smugi w mojej pamięci, wspólny rytm dryfujących ust i gardeł.
Ona szła z nami, a jednocześnie odrobinę obok. W każdej chwili mogła odejść i powiedzieć w domu – dzisiaj widziałam protest, wielki tłum sunął wystraszonymi ulicami, ciekawe, czy oni wierzą w to, że uda im się coś zmienić? Nie ma tam drugiego dna, które jest ciemne i oślizgłe? Może to kolejni oszuści?

Kiedy tylko mogłem miotałem spojrzenia na jej lekko zaczerwienione policzki, na jej smukły profil kości policzkowych, na długie ciemne włosy przesłaniające delikatne ramiona.
Zapaliły się lampy, na początku ledwo migotały, by chwiejnie zabłysnąć słabym światłem, z każdym naszym krokiem ich płomień potężniał. Miejski bruk wzdychał z każdym naszym poruszeniem.
Atmosfera się zagęszczała, wydawało mi się, że słyszę pomruki burzy, która powoli i nieubłaganie nadciąga, pomyślałem, że to dziwne, przecież prognoza pogody mówiła, że dzień będzie czysty i suchy.

Tłum nie zwracał na to uwagi, tylko poza programowymi hasłami i przyśpiewkami pojawiły się również ostrzejsze, bardziej emocjonalne słowa. Wchodziliśmy powoli w stan pasji, nikt nie mógł nas zatrzymać, moglibyśmy szturmować, atakować w ekstazie, niszczyć w zapamiętaniu, by później usiąść na gruzach i rozpisać nowy lepszy świat, pełen marmurowych praw.

Ona wciąż szła obok, już tym samym miarowym tempem, cieszyłem się z tego, w jakiś naiwny sposób miałem wrażenie, że to ma znaczenie między nami, jakby uśmiechnęła się do mnie uwodzicielsko z roziskrzonymi oczami, jakby odrzuciła włosy dłońmi, wiedząc, że ja patrzę.

Mali chłopcy z zadowolonymi twarzami, małe dziewczynki w sukienkach przesuwali się razem do przodu, potrącając mnie, patrząc na mnie jak na intruza. Nawet nie wiem dlaczego się zatrzymałem, transparent upadł na dwie sekundy, zanim ktoś inny go podjął i poniósł do przodu. Straciłem ją ze wzroku. Może dołączyła się do tłumu? Może odeszła w swoją stronę tak jak sobie to wyobrażałem?
Niemrawo ruszyłem dalej, rozglądałem się za nią tak, że moja szyja zaczęła pulsować z bólu.

Tłum kipiący energią stanął jak wryty, wpadłem na panią w berecie, a na mnie wpadł chłopak w zimowej kurtce. Kiedy się otrząsnąłem, zauważyłem, że daleko przed kolumną maszerują dumnie policjanci, prosto na nas, poczułem ukłucie w klatce piersiowej, przez tłum przeszedł dreszcz, niektórzy nerwowo czmychnęli w boczne uliczki, niektórzy zaczęli się przeciskać do przodu z groźnymi minami, jakby tylko na to czekali, a większość patrzyła to po sobie, jakby badając czy można odejść, czy też trzeba zostać, a może próbując wywrzeć presję na innych w napięciu jakie się wytworzyło w powietrzu.

Wystraszyłem się, że ona tam jest, że coś może jej się stać przeze mnie.

Wiem, to niemądra myśl, przecież nawet na mnie nie spojrzała, ale ja na nią patrzyłem, czy to nie wystarczy by poczuć więź z drugim człowiekiem?
Poszedłem do przodu, musiałem się przepychać, z całych sił, jakbym płynął w gęstej zawiesinie rosnącego gniewu i strachu w różnych natężeniach to tu, to tam, miałem wrażenie, że zaraz wciągnie mnie wir, że zapłonie brutalność.

Ale jej tam nie było, wśród spoconych z emocji i krzyczących, byłem sam. Nagle poczułem się strasznie oddalony od tłumu, to nie są te same hasła! To nie jest to o co walczyliśmy, teraz to jest instynkt, walka o przetrwanie, tłum chce po prostu trwać, próbuje rozpaczliwie odstraszyć przeciwnika, stroszy piórka, pokazuje pazury, ale mur funkcjonariuszy jest niewzruszony – to nie pierwsza demonstracja i nie ostatnia, na której byli, wiedzą dobrze, że jeżeli pokażą obojętność i dyscyplinę to tłum albo się rozpierzchnie zupełnie, lub to co zostanie ugnie się pod ich przygniatającą przewagą.

Byłem u rozpalonego czoła, krzyczałem do mojego kolegi, współorganizatora, żeby przypilnował porządku, żeby nikt nie sprowokował służb do pacyfikacji, ale on mnie wcale nie słuchał, krzyczało do niego kilku rozgorączkowanych ludzi, każdy co innego. Przywódca manifestacji gdzieś zniknął, nikt nie wiedział kiedy i gdzie.
Coś nade mną świsnęło, to był kamień, ten sam, po którym przeszliśmy, teraz przyszło mu nieść nienawiść, był posłańcem od nas do funkcjonariuszy, za nim poleciały następne.

Policja się zatrzymała. Sekundy wlokły się niemiłosiernie, napięcie rosło, obie strony wyczekiwały na ruch rywala, to był moment przez rozpoczęciem blitz partii w grze, którą ktoś inny nam wyznaczył na tą godzinę.

Zamknąłem oczy.

Jak przez sen pamiętam ostrzeżenia policji, że mamy się rozejść, albo użyją gazu łzawiącego, potem był ból i pocieranie oczu, nie wiem, czy od razu, czy też godzinę później, zupełnie zatraciłem poczucie czasu, krzyki mnie ogłuszyły, pot i gaz upiły mnie swoim odorem, grzmoty były coraz bliżej. Obrzydliwy swąd palonego plastiku, prażonego metalu i benzyny pośród tego wszystkiego zmusił mnie do otworzenia oczu, dźwięk helikoptera, który bardzo szybko nadlatywał tylko pogłębiał chaos w mojej głowie, tymczasem co bardziej brawurowi krzyczeli do policjantów z wykrzywionymi w grymasach twarzami tuż przed ich tarczami, tłum rozlał się po całej szerokości ulicy, tylko przy płonącym samochodzie było pusto.

Syreny zawodziły.

Wtedy to się stało, zamaskowany mężczyzna rzucił z bliska płonącą butelką w funkcjonariuszy, tarcza wybuchnęła niebieskim ogniem, policjant natychmiast ją odrzucił i został wciągnięty do tyłu przez kolegów z dalszych szeregów, a mała grupa oderwała się od nich i próbowała pochwycić napastnika, natychmiast w jego obronie pojawiło się kilku mężczyzn, starli się z tarczami i pałkami, którym na pomoc ruszył mur, w którego stronę poleciały dziesiątki kamieni i innych przedmiotów, tłum się rozprysł na kawałki, niektórzy miotali w policjantów jak opętani, inni próbowali pokonać mur, jeszcze inni oddalili się na względnie bezpieczny dystans, a jeszcze inni uciekli. Zwyciężył instynkt przetrwania, tłum chciał przeżyć za wszelką cenę, nieważne czy szedł prosto w ogień, czy oddalał się od niego.

Nawet się nie obejrzałem, a znalazłem się w ogniu walki. Policjant legł nieprzytomny tuż przede mną po trafieniu kamieniem w bok hełmu ochronnego, obok mnie leżała dziewczyna z rozbitą głową, kto ją sięgnął, swój czy wróg? Jakie to właściwie ma znaczenie dla niej?

Kilka kroków dalej wśród dymu dojrzałem na ziemi chłopaka, a na nim funkcjonariusza, który bezlitośnie i fachowo bije go po rękach, którymi on zasłania głowę, coraz słabiej. Dwie sekundy później padł na ziemię, zanim zdążył się otrząsnąć zdarłem mu hełm i zacząłem go nim okładać.

Nie pamiętam nic co później się wydarzyło, mogę sobie tylko wyobrażać na podstawie zdjęć reporterów, że eksplozje brutalności i gryzący swąd strachu wypełniły ulicę, postawiły ją w ogniu, osmaliły kamienice, rozsypały bruk miejski i szkło, powaliły dziesiątki ludzi leżących wśród tego pejzażu, w tym i mnie.

Obudziłem się w samochodzie policyjnym, wszystko było czerwone, nie mogłem podnieść prawej ręki, kiedy w końcu otarłem krew z twarzy, zauważyłem, że nie jestem sam w tym półświetle, półświatku, ze mną siedziało albo bezwładnie zwisało z siedzeń czterech mężczyzn, z których tylko jeden wyglądał na przytomnego i kobieta ze zmiażdżonym, bezkształtnym nosem i napuchniętą twarzą, jakby uderzyło ją kowadło. Na podłodze stygnąca krew niedoszłych rewolucjonistów.

Syreny były wszędzie. Czy to karetki?

Zanim zdążyłem poczuć ból, ktoś otworzył drzwi od pojazdu krzycząc – tutaj, bierzcie ich do szpitala!
Uniosłem powoli głowę, cholernie bolała mnie szyja, nie pamiętałem dlaczego, a tam w drzwiach stała ona, z podniesioną osłoną na twarz, z osmalonym uniformem, pełna ekspresji i energii
 zemdlałem.

Maska

Ledwo zdążyłem na pociąg, zdyszany ale i zadowolony ruszyłem wolnym krokiem przez wagony szukając wolnego miejsca, dużo ludzi stało przy wyjściach, piątkowy tłok. Powroty do domu rodzinnego, wyjazdy dla złapania oddechu, podróżni byli zmęczeni, niektórzy przysypiali na siedzeniach, inni rozmawiali między sobą, albo przez telefon, jeszcze inni słuchali muzyki albo czytali książkę, trochę mniej było zajętych gazetami – tygodnikami, dziennikami. 

Słowem, tętniło tutaj życie, podskórne, z pewnym dystansem, zasłaniając się płachtą gazety, rytmem utworów, czy też rozmowami, ludzie spoglądali na siebie wzajemnie, ciekawi – kto to jest? Ale pozostając w bezpiecznej odległości, z której łatwo powiedzieć parę grzecznych i banalnych zdań i wrócić jak gdyby nigdy nic do swojego zajęcia z lekkim uśmiechem, a później zastanawiać się w długiej drodze z dworca, dlaczego nie nawiązali rozmowy. 

To wymaga pewnego zaangażowania i prawdziwego dystansu, wymyślony dystans to tylko poza, chroniąca moje inteligentne, odrębne ja przed ingerencją, przed poniesieniem ryzyka konwersacji, zaczęcia jej i uczestniczenia. Dlaczego ludzie stłoczeni w jednym miejscu wycofują się krabem do świata swoich myśli?

piątek, 8 listopada 2013

Stan depresji i zawieszenia spraw czyli playlista #2

 Ostatnio oplotła mnie prawdopodobnie jesienna depresja, w związku z czym na blogu niewiele się działo, postanowiłem wykorzystać ten stan i stworzyć playlistę, która by trochę oddawała poczucie niechęci, małej ilości energii i problemów emocjonalnych.
Jak się okazało, dużo utworów muzycznych jakie znam niesie ze sobą właśnie te cechy.
Zapraszam do słuchania:
 Dostępne na youtube:
Playlista #2
 Dostępne na spotify:
Playlista#2

czwartek, 1 sierpnia 2013

Przestrzeń

Ciepła noc, zasłonięte okna, przyciemnione światło i muzyka ze słuchawek.
"Though this world's essentially an absurd place to be living in
It doesn't call for total withdrawal"
Zdał sobie sprawę, że za parę chwil wzejdzie słońce.
  • Znowu, znowu minął dzień, minęła noc, a ja nie zrobiłem nic sensownego.
Mruknął do siebie cicho, niemal pieszczotliwie i westchnął.
Iść spać, czy też czuwać do następnej nocy?
To pytanie nieznośnie kołatało mu w głowie, czuł, że może usnąć w środku dnia, a to przecież byłaby katastrofa, z drugiej strony, dni są teraz tak upalne...
  • Wschód słońca, kiedy ja widziałem go ostatnio?
Spytał siebie w myślach. To było już jakiś czas temu. Kiedyś częściej zdarzały mu się bezsenne noce, wtedy lubił wychodzić z samego rana z psem i myśleć o niej. Dzwonił do niej, by się dowiedzieć jak się ma, co przeżyła, co czuje.

Jest coś magicznego w przełomie nocy i dnia, kiedy wchodzi się w niego jeszcze nosząc na sobie poprzedni dzień, wtedy ma się wrażenie, że robi się coś nieodpowiedniego, a jednocześnie wspaniałego. Pewna część świadomości jest pogrążona we śnie, a inna spogląda bardzo jasno i wyraźnie na świat, który wtedy jawi się zupełnie inaczej. Trochę tak, jakby ktoś ustawił zbyt duży kontrast kolorów w aparacie fotograficznym, w kamerze, czy w telewizorze.

Nie namyślając się zbyt długo postanowił przywitać słońce na niewielkim wzniesieniu, które znajdowało się przy spokojnej wodzie i przy małym kawałku lasu, wiecznie pełnym wycinek, blizn nowych działek budowlanych. Był to kawałek drogi. Wziął swój nowy rower, który był tylko o jedną wiosnę młodszy od niego.

Pies wygramolił się ze swojego posłania, patrzył na swojego pana ze zdziwieniem, podczas gdy on się po cichu przygotowywał, jakby pytając, co on zamierza zrobić tak wcześnie rano? Może wyjdzie ze mną na spacer...?

W okamgnieniu już go tam nie było.

Było już dość jasno.

Pedałował zaciekle przez budzące się do życia miasto, ścigając się ze słońcem, które powzięło decyzję o swoim wzejściu nad tym kawałkiem Ziemi. Na każdym skrzyżowaniu witał go pomarańczowy kolor, przypominając, że to jeszcze nie jest dzień, że jeszcze ma czas, zanim słońce się pokaże, jednocześnie dając mu przewagę.

Tak szybko chyba jeszcze nigdy nie jechał, pędził w gorączce na ważne spotkanie, pędził tak, jak to się robi, gdy mamy się spotkać z kimś dawno nie widzianym, a tak drogim naszemu sercu, kiedy z całego siebie pragniemy go przywitać czekając na niego, uśmiechnąć się na jego widok, jakby mówiąc, że jest dla nas bardzo ważny i wyjątkowy.

Nie zważał na nierówny teren, szereg budynków i drzew jakie przewijały się obok niego w pędzie, wszystko przez to pragnienie, które całkowicie nim zawładnęło, które przyspieszyło niesamowicie bicie jego serca i zachęciło do skupienia na jak najszybszym dotarciu na tą niewielką górkę. Zdążył tylko pomyśleć, że pewnie będzie tam sam, będzie pierwszy, tylko on i wschód rozdzierający niebo i promieniujący na wodę.

Ochłonął trochę dopiero, gdy zobaczył leniwą wodę, którą przecinały fale wzbudzone przez kaczki, które to w jednym miejscu gromadnie sunęły po tafli, a w innym polatywały kawałek, bądź nurzały się w wodzie. Jednak nie tylko one tam były. Wędkarze, stoiccy strażnicy przełomu nocy i dnia już czuwali, gdzieś, z tyłu serca poczuł zawód, nie będzie pierwszy, jedyny, oni go wyprzedzili, na swoich małych krzesełkach, uzbrojeni w wędki i spokój. Czekali.

Wjechał z wysiłkiem na wzniesienie, wędkarze rozpościerali się po bokach zbiornika, wtapiali się w niego i trzciny na jego brzegach, zapełniając niewielkie miejsca, gdzie woda i piasek spotykały się bez przeszkód, tak jakby byli tam od zawsze. To było ich miejsce. To właściwe.

Był przed czasem, serce się powoli uspokajało, napięcie wywołane pośpiechem i pędem spływało po jego twarzy, po jego ciele. Kiedy omiatał okolicę wzrokiem, uderzył go widok pojedynczych drzew, które tworzyły las, jakby wystawały z niego, jakby były osobnymi istotami, zupełnie niezależnymi, a jednocześnie stojąc w tak dużej ilości i tak blisko, stawały się lasem.
  • Czy kiedykolwiek wcześniej widziałem drzewa i las jednocześnie?
Zapytał się w duchu, kiedy odpalał papierosa.

Dym był gorzki, lekko tłusty i głęboki w smaku. Nikotyna przyspieszyła jego oddech, który również stał się płytszy, przeciągnęła znane odczucie po całym ciele.

Nie pamiętał. Dym przeciągnął się przez las, wodę, niebo i miasto pod nim.
  • Tak, tam jest miasto.
Pomyślał zdziwiony.

Zaczął się rozglądać na wszystkie strony, po raz pierwszy świadomie zauważył malowniczy pejzaż, jaki się rozpościerał z tego miejsca, w którym przecież był tyle razy.

Chyba tak jest, że kiedy poznajemy pewne miejsce, to traci ono dla nas swoją ogólność, abstrakcyjność, przestajemy widzieć całość w jej zarysie, krajobraz w jego niezwykłości.
Zajęci naszymi sprawami tracimy właśnie tą szczególną stronę odczuwania przestrzeni, miejsce staje się drogą, budynki jedynie tłem dla naszych celów, dla docierania z punktu a do punktu b, uproszczoną wersją czegoś przecież tak głębokiego i skomplikowanego, czasem dojrzymy jakiś szczegół, który wyłania się z zamazanej całości.

Patrząc z pewnej wysokości na znane miejsce, które nie jest zbytnio odcięte budynkami od szerszej perspektywy, uwagę przykuwają drogi, ścieżki, ulice, do których się wraca wzrokiem, dlaczego?
Droga sama w sobie nie oferuje większych bodźców, staje się interesująca dopiero w kontekście ludzi i tego, gdzie można do niej dotrzeć, staje się ważna dopiero, kiedy ruszamy nią dokądś.

Turyści potrafią dostrzec urok w samej drodze, w kupie kamieni przy niej, w znaku przydrożnym, w trawie i w drzewach pośród niej, w budynkach, czy to pięknych, czy też zaniedbanych, w sposobie w jaki ludzie komponują się z przestrzenią, w samym sposobie, w jaki przestrzeń wita się z horyzontem.
To wszystko nie kojarzy im się z przystankami, przejściami na drodze do pracy, szkoły, czymś powszednim i będącym jedynie gdzieś obok. Każda znana ścieżka wiedzie do domu. Natomiast sam ten widok dostarcza podróżnikowi zadowolenia, on w pewnym sensie go zdobył, doświadcza nowych przestrzeni, w nagrodę za swój wysiłek.

Czy nie mieliście takiego odzucia w nowym miejscu – że wszystko zlewa się w jedną całość, jakby zszyte jakąś niewidzialną nicią, czymś sklejającym przestrzeń w ruchomy obraz. To się dzieje, kiedy nasze zmysły są zasypywane doznaniami, wszystkiego jest pełno, a my świadomie, czy też nie, chcemy widzieć, po to tam jesteśmy.

Nic nie zastąpi tego pierwszego spojrzenia, które potem się wspomina, jak podróż po labiryncie, a które staje się czymś odległym, kiedy tylko poznamy to wcześniej nowe dla nas miejsce. Magię rozmazanych świateł, drzew, intrygujących budynków i różnorodnych ludzi zastępuje siatka ulic, setka ważnych punktów, ludzie stają się tłem, a drzewa są mniej ważne od przydrożnych znaków. Przecież drzewa nie niosą żadnej istotnej informacji.
Tak oswajamy miejsca i wprzęgamy je do naszych żyć, a one odpłacają się nam tą samą monetą.

Może piękno obserwacji przestrzeni leży w byciu nie zaangażowanym bezpośrednio w życie miejsca obserwatorem, wtedy zamiast być folklorem stajemy się podróżnikiem.
A może przestrzeń możemy docenić naprawdę dopiero kiedy ją dobrze znamy?

Jakie to piękne widzieć coś na nowo, jakie to wspaniałe widzieć znane miejsce na nowo.

Malownicze budynki zarysowywujące miasto z wystającymi z niego wieżami kościołów, siatka ulic pomiędzy nimi, a za plecami budowana droga szybkiego ruchu, mur lasu łączący na poły wiejskie tereny z tkanką niedużego miasta, niebo, w którym kolor niebieski łączy się z kolorem wschodu słońca, które to właśnie wychnęło by rzucić łunę na wodę i cały świat w zasięgu jego oczu.
Blask słońca zalał jego serce, wpierw nieśmiało, tylko połowa wysunęła się znad gęstych chmur, zanim nasycił się, dzień zdążył się ostatecznie ustalić. Zamknął oczy, poczuł to na swojej skórze, od czubka głowy do samych stóp, odwrócił głowę prosto w jasną łunę, znalazł to, czego szukał w tym miejscu, w tym poranku.

Kiedy zjeżdżał z górki i kiedy jechał wzdłuż wody, przez cały czas spoglądał na to jak słońce rozcina ciemny błękit wody, jak sięga swoją różową czerwienią kaczki, a równolegle do niej sadowią się wędkarze cierpliwie czekając na napięcie.
Przy ulicy przystanął na chwilę. Z jednej i z drugiej strony jawiło mu się zupełnie nowe miejsce, ludzie jechali samochodami, rowerami, pewnie do pracy. Domy kłębiły się w równym rzędzie. Za plecami miał słońce,wodę i las. Uśmiechnął się i włączył się do tego ruchu.

Sunął powoli drogą.

Z każdym obrotem, z każdym metrem, spływał z niego blask, droga go ponosiła w znane miejsca, w których bywał, skrzyżowania, prowadzące do jeszcze większej ilości oswojonych przez niego przestrzeni, co chwila spoglądał z lekkim zaniepokojeniem na słońce. Ono przypominało mu o tym wszystkim co poczuł jeszcze przed paroma chwilami, które intensywnie parowały i unosiły się gdzieś, tak jak paruje oddech w zimny dzień, stając się cząstką większego przeżycia. Większej całości.
Co rusz łapał się na tym, że zapominał o tym, że jest podróżnikiem, kiedy pedałował przez poruszone tryby miasta, które z wielką siłą próbowało go wessać, przejąć w posiadanie jego świadomość i nakierować na pewne prawidłowości, według których powinien działać.

Kiedy dotarł do swojego domu, pies na niego czekał, podszedł do niego jakby z wyrzutem "gdzie byłeś, dlaczego mnie zostawiłeś?". On tylko się uśmiechnął i wyszedł z nim na spacer.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Dziecko II

Kiedy następuje moment przejścia w dorosłość?
Może to wtedy, kiedy zaczynamy dbać sami o siebie, kiedy potrafimy dobrze funkcjonować bez pieczy rodziców, gdy pierzemy, gotujemy, sprzątamy bez napomnienia i zastępstwa?

Może to wtedy, kiedy po raz pierwszy uprawiamy seks, wtedy już nie ma odwrotu do krainy dzieciństwa, niewinnej ciekawości, prostej potrzeby odkrywania swojego ciała i ciał innych osób, ta potrzeba się przekształca w coś innego, w pożądanie.

Może to wtedy, kiedy poznamy smak używek, przecież to domena dorosłych, papierosy, alkohol, sprzedawane dopiero od 18 roku życia. To dorośli mają monopol na upijanie się, palenie papierosów, nie wspominając o marihuanie, zakazany albo już legalny owoc używek czyni nas kimś innym?

Może to wtedy, kiedy kończymy edukację i idziemy do pracy, stajemy się niezależni finansowo, nikt nam już nie może dyktować warunków, jesteśmy swoimi panami, od tej pory słuchamy rodziców bo tak się nauczyliśmy.

Może to wtedy, kiedy nie cieszy nas huśtanie się, kiedy piaskownica staje się mało ciekawym miejscem, kiedy krzaki przestają być bazą, a sadzawka jeziorem? Kiedy proste i kreatywne zabawy stają się dziecinne i puste, nie widzimy już w nich tego co przedtem, czy brak wyobraźni to wyznacznik dorosłości?

Może to wtedy, kiedy wstydzimy się objąć ramionami drzewo, kiedy nie kładziemy się już na trawie przy chodniku i nie patrzymy w niebo, nie pochylimy się by pogłaskać psa czy kota na ulicy, kiedy już nie przejmujemy się chorym ptakiem w trawie?

Może to wtedy, kiedy kończy się beztroska, a zaczyna się poczucie obowiązku, gdy zadania domowe lub szkolne spędzają nam sen z powiek, a może dopiero poczucie obowiązku utrzymania rodziny ostatecznie z nas wypędza duszę dziecka, gdy walczymy o przetrwanie naszego małego świata?

Może to wtedy, kiedy żałujemy, że nie jesteśmy już dziećmi? Kiedy pojawia się refleksja, że moglibyśmy wrócić do tego co było, cofnąć czas, przeżyć to jeszcze raz, wskoczyć w ten świat choćby na jeden dzień.
Kiedy słońce pod koniec lata jeszcze grzało, rzucaliśmy mirabelkami, podzieleni na grupy, potem długo siedzieliśmy słuchając opowieści starszych i grając w świnię, póki rodzice nie wołali, albo wychodzili po nas. Jakby to było wrócić w ten czas i miejsce?

Może to wtedy, kiedy przestajemy wierzyć w spełnienie swoich marzeń i stajemy się realistami, żyjącymi logicznymi argumentami w uporządkowanym życiu, albo odwrotnie, kiedy nasze iluzje nas pochłaniają i nic poza nimi nie ma, tylko czcza wiara w złudzenia, nie poparta czynem. Marzenia pozostają tylko chwilą westchnienia, co by było gdyby, a może? Chyba jednak nie.

Może to wtedy, kiedy już nie mamy marzeń? Pozostają realne, osiągalne cele do spełnienia, albo życie z dnia na dzień bez snów i sensu.

Może?

Kto popełnił zbrodnię?

c.d.n.

środa, 26 czerwca 2013

Dziecko

Krew śmierdzi metalem, krew miesza się z czystą wodą, broczy na przedmioty i miejsca, karminowe krople  padają na śnieg, na pluszowego misia, na resoraki, na szklane kulki, na liście, na tęczę i lustro.
Zbieramy wszystkie skarby i wyprawiamy im drewniany pogrzeb.
Za czterdzieści lat otworzymy to pudełko.
Łza –
Uśmiech –
Żal i nostalgia –
Krwawa –

Kto popełnił zbrodnię?


c.d.n.

środa, 12 czerwca 2013

Strumień #1

Niebo i drzewa, trawa i kora, ławki i ludzie, samochód i szyba, a w niej odbicie – kobieta wiesza pranie na balkonie, plama oleju ciąży na bruku, czerwień samochodu kontrastuje z zielenią i brązem.

Senne chwile, odwlekanie błogości.

Twarz to mapa przeżyć, każde szczęście biegnie po niej, każdy smutek się przetacza, oczy to odbicie obecnego stanu duchowego i zdrowia, usta wyrażają namiętności.

Blask światła na ścianach, żmudne minuty w kolejce, uśmiech, rozmowa, jutro się spotkamy nie znając siebie.

Jakby człowiek potrafił?
Ale nie potrafi.
Wstać kiedy trzeba, zamiast to, rozgląda się czy inni wstają.

Tramwaj płynie po oknach, szukam w odbiciu siebie i innych, odnajduję pełgające cienie.

Nawet woda się sama wyłącza po zagotowaniu.

piątek, 7 czerwca 2013

Co do nas należy na własność?

Niczego tak naprawdę nie mamy na własność.

1. Rys
Idąc przez życie, wydaje się nam, że świat należy do nas, przywiązujemy się do przedmiotów i sądzimy, że są nasze, nie oddalibyśmy ich tak łatwo, przecież zdobyliśmy je z takim wysiłkiem. Uczyliśmy się swoich zawodów po to by móc zarabiać, by móc posiadać. Inwestowaliśmy, oddając dużą część swojego czasu i kapitału, by zyskać, to samo tyczy się relacji, to dziwne przekonanie – ona jest moja, on jest mój, nie oddam go/jej, przecież tyle serca włożyliśmy, tyle swojego czasu, wysiłku, by ulokować kapitał naszego życia w kimś dla nas ważnym, kimś kto dobrze rokuje, kimś z kim będziemy się czuć dobrze, kimś kto będzie...nasz.

Chcemy wydać dzieci, na świat? Czy dla siebie? Wychować według naszego osądu i pragnienia, by żyły tak jak nam się podoba, by żyły tak jak my uważamy, że życie powinno wyglądać. 
Wszystko to, póki śmierć nas nie rozłączy.

2. Śmierć
Tak, śmierć, to bolesna dla wielu lekcja, która pokazuje, że w istocie wszystko jest tymczasowe i płynne, twój z trudem zdobyty dobytek życia, rodzina, wszystko to przestaje mieć bezpośrednią łączność z tobą, powiedziałbym – żyje swoim życiem, na które może masz jeszcze wpływ, poprzez swoje starania, ale nieuchronnie odkleja się od swojego „właściciela”.
Śmierć pokazuje prawdziwą naturę tak pojmowanej własności.

2. Pomnik
Ale chcemy sięgać dalej, testamenty, dzieła kultury, dzieci, chcemy pozostać w tym świecie, bytować w nim, mieć coś na „własność”, a raczej "na" iluzję tego słowa.


Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu.
Od królewskich piramid sięgający wyżej;
Ani go deszcz trawiący, ani Akwilony
Nie pożyją bezsilne, ni lat niezliczony

Szereg, ni czas lecący w wieczności otchłanie.
Nie wszystek umrę, wiele ze mnie tu zostanie
Poza grobem. Potomną sławą zawsze młody,
Róść ja dopóty będę, dopóki na schody

Kapitolu z westalką cichą kapłan kroczy.
Gdzie z szumem się Aufidus rozhukany toczy,
Gdzie Daunus w suchym kraju rządził polne ludy,
Tam o mnie mówić będą, że ja, niski wprzódy,

Na wyżyny się wzbiłem i żem przeniósł pierwszy
Do narodu Italów rytm eolskich wierszy.
Melpomeno, weź chlubę, co z zasługi rośnie,
I delfickim wawrzynem wieńcz mi skroń radośnie.

Horacy

Chcemy by nas doceniono, żebyśmy byli obecni, żeby coś mieć, cokolwiek. Jeśli nie możemy przez wzgląd na oczywistą bezsilność śmierci, to chociaż poprzez to co „zostawiamy” za sobą, za wielkość naszego dzieła, czy to będą twory kultury, czy wpływ na otoczenie, czy nasze dzieci.

Ale tak naprawdę niczego nie mamy, mimo że świat stoi przed nami otworem.


3. Z innej perspektywy
Myślisz, że kamień, który kupiłeś jest twój? Otóż dla kamienia jesteś abstrakcyjny, niezwykle oddalony, nawet jeżeli stworzysz z niego rzeźbę, zostawisz w spokoju, czy też zmielisz na drobny proszek, który potem spalisz, to tak naprawdę nigdy nie dotkniesz istoty kamienia, on sobie będzie, w tej czy w innej formie. To samo tyczy się innych materiałów, które człowiek okiełznał i przedzierzgnął w przedmioty. 
One zostaną, kiedy twoja jaźń odpłynie z twego ciała.

Dzieci, które wydajesz na świat, nie należą do ciebie, one należą do świata, który jest przed nimi mnogością możliwości, jedyne co możesz im wtłoczyć swojego, to rozumienie tego świata, jakie to egotyczne, truć swoimi iluzjami czyste istoty. Jedyne czego one potrzebują od ciebie to miłość i wsparcie na ich własnej drodze.

Relacje z innymi osobami, związki, one nie istnieją po to, by nimi władać. To iście szatański plan: okuć drugiego człowieka kajdanami i zniewolić, by tobie służył pomocą, wsparciem, iluzoryczną miłością, która wisi na nienawistnych pierścieniach. To nie związek ma służyć tobie, to ty wkładasz do niego siebie, uczysz się, poznajesz nowe światy zaklęte w naszej emocjonalności i duchowości, samo to jest wielkim darem. Może wtedy udałoby ci się znaleźć miłość i szczęście?
Gdybyś był, po prostu, gorejący.

4. Panta rhei
To wszystko jest jak ruch rzeki, zamiast płynąć z prądem budujemy tamy, by osadzić tam swoje wysepki i założyć domy, niestety, kiedy tama naszego życia jest przerwana... Ta iluzja pryska. 
Może też się okazać, że rzeka była potężniejsza od naszego wysiłku, a być może zmieni swój bieg i wylądujemy na śmietniku historii? 
Po co marnować energię na tą syzyfową pracę? Ile żyć musi zwiędnąć goryczą, zanim pojmiemy, że wnoszenie tego krzyża przenosi siły każdego?

5. Na odchodne
Bądźmy sobą, bez roszczeń, bez iluzji władzy, cieszmy się życiem jakie nam dano, takim jakie jest, bez kajdan i strachu, który rodzi nienawiść, za to z miłością i odwagą.

wtorek, 4 czerwca 2013

Dylan Thomas & Cliff Martinez - Death Shall Have No Dominion



Poniżej opis filmu z youtube.


Dylan Thomas reading his poem "Death Shall Have No Dominion" mixed with piece from Solaris soundtrack "Death Shall Have No Dominion" by Cliff Martinez.

Photos: Dylan Thomas, Solaris (film), Cliff Martinez, Stanislaw Lem (he wrote novel - Solaris, it has been filmed three times)

Death Shall Have No Dominion


And death shall have no dominion.
Dead man naked they shall be one
With the man in the wind and the west moon;
When their bones are picked clean and the clean bones gone,
They shall have stars at elbow and foot;
Though they go mad they shall be sane,
Though they sink through the sea they shall rise again;
Though lovers be lost love shall not;
And death shall have no dominion.

And death shall have no dominion.
Under the windings of the sea
They lying long shall not die windily;
Twisting on racks when sinews give way,
Strapped to a wheel, yet they shall not break;
Faith in their hands shall snap in two,
And the unicorn evils run them through;
Split all ends up they shan't crack;
And death shall have no dominion.

And death shall have no dominion.
No more may gulls cry at their ears
Or waves break loud on the seashores;
Where blew a flower may a flower no more
Lift its head to the blows of the rain;
Though they be mad and dead as nails,
Heads of the characters hammer through daisies;
Break in the sun till the sun breaks down,
And death shall have no dominion.

czwartek, 30 maja 2013

Okruch

1. Narodziny
Pływał nieokreślony i zatopiony w łonie, jeszcze zanim stał się odrębny i samodzielny. Pierwsze wydarzenie, które zapisało się echem w jego strukturze, to niesamowite ciśnienie i gorąco, niektórzy opuszczali łono z hukiem, zastygając w pełnych ekspresji formach, inni wybierali łagodniejsze ścieżki i spływali, zatrzymując się po jakimś czasie, by się ostatecznie ustalić. Jego droga wiodła w głąb, gdzie niespodziewanie został oddzielony od pobratymców i został tam w samotności na niezliczone lata. 

2. Dojrzewanie
Drugim wielkim wydarzeniem były krople wody, które objęły go wilgocią, początkowo nieśmiało i delikatnie, jednak z upływającymi tysiącleciami coraz to intensywniej.
Trzecia przygoda łączy się z nagłym jego odsłonięciem, stało się to, kiedy ziemia drżała, wody było więcej niż dotąd, zazwyczaj cierpliwa i łagodna, była tym razem brutalna i potężna, niosła w swoich rozpostartych ramionach drzewa, muł i nawet jego pomniejszych pobratymców. Poczuł niesamowite szarpnięcie, a wtedy jego starzy sąsiedzi, którzy go okalali, zostali porwani przez wściekły nurt, a on pozostał niewzruszony w miejscu. Solidnie wgryzł się przez te lata w swoje podłoże.

Kiedy żywioł się uspokoił, po raz pierwszy spadły na niego promienie słoneczne, nagle w jego wnętrzu odezwała się dziwna tęsknota – to było pierwsze uczucie jakie w nim się odezwało, wcześniej był odwiecznie obojętny i niemalże nieobecny.
Jeszcze przez wiele lat każdy świt, powodował, że drżał wewnętrznie, a każda noc go uspokajała.

Z czasem jednak stał się jeszcze bardziej twardy, woda spowodowała, że odrzucił swoją miękkość, tak dalece, że kiedy nurtu zabrakło nic nie poczuł, po prostu był. Na słońcu, w deszczu, w nocy, wśród zwierząt, pożarów lasów. W ciągle zmieniającym się świecie, którego harmonii doświadczał, ale nie pojmował.

3. Spotkanie
Pierwszy prawdziwy wstrząs poczuł, kiedy upaćkany błotem chłopiec podniósł go gwałtownie i nienawistnie rzucił w przestrzeń. Przez chwilę otworzył się na tą istotę, co go wprawiło w zadziwienie, „jak to możliwe, że tak długo byłem sam, jak to możliwe, żeby ktoś taki istniał?” tyle tylko, zanim znów zastygł w swojej odwiecznej obojętności...

A chłopiec? Chłopiec to już inna historia.